VoldoBIOGRAFIA

Na początek kilka frazesów, które pisze się zwykle w takich miejscach:

Wiek: 50
Urodzony: w Królestwie Neapolu/Palermo
Waga: 85 kg.
Data Urodzin: 25 sierpnia
Wzrost: 183 cm.
Grupa krwi: A
Broń: Katar x 2
Imię broni: "Manas & Ayus"
Sztuka walki: własna
Rodzina: Rodzice zaginęli, czterech braci zginęło na wojnie.
Właściciel: Mistrz Vercci - zaginął.

A teraz przenieśmy się do wieku XVIII, na bezkres Morza Śródziemnego, gdzie w pobliżu niewielkiej wyspy zacumował dostojny żaglowiec.

- Kapitanie - Giotto wskazał na brzeg i widoczną tam podskakującą postać. - To chyba tu... Carote coś znalazł.
- Łódź i dwóch do wioseł - ryknął Kapitan Gancio, nawet nie spoglądając w tamtą stronę. Jakby wcześniej już wiedział, że wreszcie trafili we właściwe miejsce. Był wysokim, barczystym mężczyzną o długim, kruczoczarnym wąsie i nosie jak dziób sokoła. Carote, młody, zdolny chłopak pełniący funkcję nawigatora ledwie sięgał mu do ramienia. Drżał teraz na samą myśl, że jego dzielny Kapitan zabierze jakichś dwóch żeglarzy i uda się na wyspę, która pochłonęła już więcej istnień, niż Giotto znał liczb.
- Płyniesz z nami - mocarna dłoń kapitana opadła na bark nawigatora. Nogi ugięły się pod chłopcem.

***

- Prowadź, proszę - powiedział kapitan do zwiadowcy, kiedy wylądowali już na plaży. Mimo grzecznego zwrotu, w tonie jego głosu nie było ani grama prośby. Carote ukłonił się odruchowo i ruszył wąską ścieżką w głąb lasu.
- Panie Gancio - przerwał ciszę młody nawigator. - Czy to prawda, że skarbu Mistrza Vercii pilnuje sam diabeł?
Kapitan uśmiechnął się delikatnie.
- Diabeł.... Diabeł mógłby mu co najwyżej czyścić cholewki - zamyślił się na chwilę. - Mając tuzin takich jak on mógłbym zdobyć całą Ziemię. To człowiek sparzony z demonem. Pomiot rozpaczy i szaleństwa. Nie masz na świecie gorszego zestawienia.
- Jak to z demonem? Prawda to? - Zapytał jeden z żeglarzy idących obok. - Jak to można?
- Co innego powiedzieć - ciągnął kapitan Gancio. - Dawno temu żył na świecie awanturnik, który łupiąc i handlując dorobił się majątku godnego cesarza. Nazywał się Vercci. Vercci mógł kupić wszystko. I wszystko miał.
- Wszystko? - Carote podrapał się w głowę.
- Absolutnie. - Uciał kapitan uchylając się przed puszczoną przez przewodnika gałęzią. - Zważcie więc jakież było jego oburzenie, kiedy okazało się, że jednej rzeczy jeszcze nie ma w swojej kolekcji: Ostrza Dusz, Soul Egde. Na poły demonicznej broni, którą trudno było znaleźć, a co dopiero kupić.
Carote wyszedł na polanę, a zaraz za nim reszta podróżników. Zastanawiał się chwilę, a potem ruszył na wskroś, przez wysoką trawę.
- I co było dalej? - Krzyknął za kapitanem Giotto.
Kapitan odkaszlnął.
- Dalej... Vercci zakupił wielką flotę, jakiej nie powstydziłoby się małe królestwo i popłynął przez dalekie kraje w poszukiwaniu Ostrza. Wtedy jednak rozpętała się we Włoszech wojna i większość jego majątku została rozkradziona. Kupiec i awanturnik zgromadził więc pozostałe skarby, a nie było tego mało, na jakiejś nieznanej kartografii wyspie, zabudował dostęp do nich pułapkami i wystawił jednego strażnika imieniem...
- Voldo... - szepnął któryś z żeglarzy i jakby na dźwięk tego imienia z pobliskiej kępy drzew zerwały się, głośno skrzecząc, dwa kruki.
- Voldo - potwierdził Gancio. - Sierota, którego rodzice, także wierni słudzy kupca i awanturnika, zaginęli. Utraciwszy braci na wojnie oddał się służbie u Vercciego. Bez domu, bez rodziny i przyjaciół z czasem popadał w coraz większą rozpacz, aż ta przenicowała mu mózg na lewą stronę. Voldo, odrzucony przez wszystkich stał się w końcu maniakalnym sługą swojego pana, mając w tym jedyny cel w życiu: pomagać mu i razem z nim szukać... Czego? Celu w życiu? Mijały jednak lata, a nic się nie zmieniało. Szaleństwo wytrawiło mu mózg do szczętu i Vercci wiedząc, że wkrótce może zupełnie stracić kontrolę nad swoim sługą, wydał mu ostatnie polecenie: "Pilnuj skarbów, jakbyś mnie tu pilnował. Tobie powierzam największy sekret, bo tylko Tobie ufam".
- Jezusie Nazarejski... - jęknął Carote i podszedł do niewyraźnego kształtu leżącego w trawie. Były to zwłoki francuskiego szlachcica, teraz wypatroszonego jak wieprz. Pojedyncze cięcie zaczynało się tuż pod pępkiem, a kończyło dokładnie na górnej szczęce.
- Szybciej - kapitan popędził przewodnika. - Musimy się szybko przemieszczać. Voldo...
- Nie wiem czy chcę tego dalej słuchać - stęknął Giotto.
- To idź na końcu, za... - żeglarz zamilkł w pół słowa. - Obejrzał się i znieruchomiał. Tam gdzie jeszcze przed chwilą był jego towarzysz, w tej chwili spokojnie rosła tylko trawa. Jeden z żeglarzy zniknął.
Dwa kruki zniżyły lot.
- Szybciej - warknął kapitan, jakby spodziewał się takiego obrotu sprawy. Potem kontynuował.
- Voldo spędził w podziemnej twierdzy dwadzieścia lat. Niczym pająk w wielkiej sieci łowił opryszków, którzy próbowali się dobrać do skarbów jego pana. A tymczasem Vercci nie wracał. Voldo postradał zmysły do cna, a szaleństwo na koniec odebrało mu wzrok. Carote jęknął cicho.
- Po dwudziestu latach jaskinia śmierci zbudowana przez Vercciego wypluła charczący ochłap człowieka, który jak zwierzę zaczął na czworakach czołgać się i skamleć, aż w końcu targnięty impulsem szaleństwa ruszył w świat, by odszukać Ostrze Dusz. Bo jeśli Ostrze Dusz by się znalazło, być może niedaleko byłby sam Vercci. Voldo podróżował wiele, aż w końcu ubzdurał sobie, że znalazł to, czego szukał. Zabił nieszczęsną, Bogu ducha winną wojowniczkę i wrócił z jej mieczem do Kopalni Pieniędzy - jak w świecie zdążono już nazwać przeklęty skarbiec Vercciego. Lecz tu okazało się, że woda morska pochłonęła niemal wszystko. Skulił się więc niczym robak obok złotego tronu swego Pana i czekał. Czekał aż do czasu, kiedy to pojawił się kolejny wędrowiec spragniony łatwego bogactwa. Voldo rozpłatał mu brzuch, a w jego torbie znalazł kilka kryształów dziwnego metalu, którego moc przebiła się nawet do resztek świadomości szalonego sługi. Przez mgłę szaleństwa zrozumiał, że to, czym się chciał pochwalić Mistrzowi nie było Ostrzem Dusz. Należało więc rychło naprawić błąd. Voldo doprowadził Kopalnię Pieniędzy do stanu świetności i wyruszył w świat, od czasu do czasu powracając do skarbca Vercciego. Przez ten czas zabił kilka setek ludzi. Niektórzy mówią, że tysiące...
- To jak my... - próbował wciąć się Carote, ale nagle wyrwał się drugi z żeglarzy.
- Słyszałem, że już się postarzał nielicho, no i wciąż też ślepy... Damy radę!
Kapitan parsknął.
- Liczmy tylko, że go nie spotkamy.
- A jeśli spotkamy? - wnikał marynarz.
- Policzymy swoje flaki - zakończył stanowczo kapitan. - Manas i Ayus, bliźniacze ostrza Volda sprawdzą jakiego koloru jest nasza krew. Ale te skarby warte są życia... Tu ściszył głos, dotarli bowiem do wielkiej skały, w której ział otwór jaskini. Wtem coś, co kapitan wziął za spróchniały pień drzewa w głębi jaskini poruszyło się nieznacznie i wpełzło w mrok.
- Popatrzcie - kapitan wskazał w górę, odwracając uwagę załogi od dziwnego zjawiska - te kruki za nami ciągle lecą.
Spojrzał na ich niewinne twarze. Niczego nie zauważyli.
Kapitan zapalił pochodnię i ruszył do środka jaskini. Jego uszu dobiegł delikatny szum wody.